Okiem na Horror

Okiem na Horror

,

,
NAJNOWSZE PATRONATY OKA

wtorek, 23 sierpnia 2016

Grimm Fairy Tales #3

Gina to typowa pewna siebie nastolatka, uwielbiająca imprezy i skąpe ciuszki, nawet w środku tygodnia, kiedy wisi nad nią widmo szkoły z samego rana. Niestety, podobnie jak większość dziewcząt w jej wieku, musi liczyć się z tym, że rodzice mają trochę inne zdanie na temat tego, jak powinna spędzać wtorkowe wieczory. Po jednej z wywołanych różnicą zdań kłótni, dziewczyna nie wytrzymuje i postanawia uciec z domu. W tym szalonym przedsięwzięciu towarzyszy jej brat, który nie jest jednak tak entuzjastycznie nastawiony do równie karkołomnego pomysłu. Mimo wszystko, rodzeństwo trzyma się razem i wspólnie łapie stopa. Ich dobroczyńcą okazuje się kobieta prowadząca kursy na temat baśni na uniwersytecie, która z przyjemnością dzieli się z nimi prawdziwą historią Jasia i Małgosi.

Naszą podróż przez baśnie rozpoczęliśmy od zmagań z chłopakami, przeszliśmy przez marzenia i w końcu docieramy do najprawdopodobniej najlepiej nam wszystkim znanego tematu, jakim są problemy z rodzicami/opiekunami. Któż z nas ich nie miał? Nadopiekuńczość, przesadna troska, brak zrozumienia, bezustanne zakazy, nakazy, polecenia – czy nie tak to wyglądało lub nadal wygląda, kiedy w grę wchodzą odpowiedzialne za nas osoby? Tym samym, trzeci zeszyt „Grimm Fairy Tales” okazuje się bardzo

niedziela, 21 sierpnia 2016

Zamordowałem samego siebie - Andrzej Wardziak - Wywiad

Zamordowałem samego siebie



O fascynacji grozą, warsztacie pisarskim, pasjach i marzeniach rozmawiamy z Andrzejem Wardziakiem – autorem powieści „Infekcja”, której druga część z podtytułem „Exodus” ukaże się nakładem Wydawnictwa Pascal już 31 sierpnia.

Ada Cytryna: Dlaczego zombie? Ani to wdzięczne, ani ładne... Skąd u Ciebie taka fascynacja żywymi trupami?

Andrzej Wardziak:Od małego. Truposze zawsze mnie fascynowały. Często, podczas wieczornych powrotów do domu wyobrażałem sobie, że zza rogu wyłazi jakiś zombiak - jeden, dwa, całe stado. Nie trup był najważniejszym punktem tej sceny, lecz zachowanie ludzi. Zastanawiałem się, jak by zareagowali, co zaczęli by robić – czy tylko staliby, biernie przyglądając się, jak zombie kogoś atakuje, czy może rzuciliby się na pomoc? Lubiłem te myśli, lubiłem wyobrażać sobie postapokaliptyczny świat. Puste ulice, splądrowane sklepy, wszystko pozostawione bez opieki i jakiegokolwiek nadzoru. Zresztą, dalej lubię. 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Jaki jestem mały! Kilka słów o "Przyszła na Sarnath zagłada" H.P. Lovecraft

Z twórczością Howarda Philipsa Lovecrafta zetknąłem się po raz pierwszy w latach dziewięćdziesiątych XXw. Wydaje się więc, że całe eony temu. Pomimo przeczytania niemal każdego opowiadania jakie ukazało się na polskim rynku, nie mogę powiedzieć, że prozę mistrza z Providence rozumiem doskonale. Mało tego, chciałoby się powiedzieć, że po tych dwudziestu latach od pierwszego spotkania z „Zew Cthulhu” (Czytelnik 1983 r.) wcale nie jestem mądrzejszy. Nie uważam się oczywiście za jakiegoś specjalistę od weird fiction. Po prostu lubię czasami dać się porwać temu lepkiemu i niesamowitemu klimatowi. Czy to wystarczy aby zaopiniować najnowszy zbiór z Wydawnictwa Vesper „Przyszła na Sarnath zagłada”? Nie wiem. 
Z jednej strony obawiam się łapania za każde napisane słowo fanatycznych miłośników HPLa ( a tacy są, wierzcie mi (śmiech) ), a z drugiej myślę, że napiszę od serca  nie siląc się na jakieś pochwalne poematy. Pochyle się ogólnie nad najnowszym wydaniem. Nie ma oczywiście sensu streszczać dwudziestu czterech zamieszczonych w tym tomie opowiadań. Każdy, kto zetknął się z utworami Lovecrafta  zna już wartość tej literatury, zaś ten, kto jeszcze nie miał okazji przeczytać wielu kultowych tekstów (słowa „kultowych” używam z pełną świadomością) zapewne znudziłby się długim wywodem na temat niesamowitości zamieszczonych tekstów. Chyba nie o to w tym chodzi?

środa, 17 sierpnia 2016

Andrzej Wardziak - Infekcja. Genesis.

Zombie-apokalipsa zacznie się w Warszawie
Piękny, upalny dzień lipca. Pierwszy dzień końca świata, jaki znamy.
Warszawę opanowuje tajemniczy wirus. Mieszkańcy stolicy jeden po drugim zamieniają się w spragnionych ludzkiego mięsa zombie. I wyruszają na żer.
Komandos na urlopie, fan heavy metalu, pracownik korporacji na skraju załamania nerwowego, nastolatka z czarnym pasem w karate, młody policjant i jego atrakcyjna żona. Łączy ich jedno – chcą przetrwać.
Za wszelką cenę.

Dzięki wydawnictwu Pascal na rynku ponownie pojawiła się „Infekcja” Andrzeja Wardziaka. Pisze ponownie, ponieważ książka ukazała się wcześniej nakładem nieistniejącego już wydawnictwa. Nakład został sprzedany i dorwanie tego tytułu graniczyło z cudem. Jeżeli ktoś miał więcej kasy na zbyciu, to mógł zakupić egzemplarz „Infekcji” na aukcji, na Allegro. Ceny jednak potrafiły przywrócić o zawrót głowy. Do tego wszystkiego, temat Zombie stał się bardzo popularny i nośny dla wydawnictw. Era wampirów przeminęła wraz ze „Zmierzchem”, który moim zdaniem wypaczył obraz tradycyjnego wampira, znanego choćby z literatury klasycznej, czy ze współczesnych publikacji, jak chociażby „Wirus” spółki Del Toro i Hogan. Wydawnictwa zwietrzyły więc nośny temat i na rodzimym rynku pojawiło się kilka mniej lub bardziej udanych tytułów z zombiakami, jako głównymi bohaterami. Wspomnijmy: „ZOMBIE.PL” duetu Radecki i Cichowlas (Zysk), „Niemartwi” Marcela (Pascal) czy „Szczury Wrocławia” Szmidta (Insignis). Do tego wszystkiego mamy zapowiedź kolejnego tomu Andrzeja Wardziaka, który powinien ukazać się na dniach.  To wszystko nałożyło się na to, że „Infekcja” stała się pozycją niemal kultową, a na pewno upragnioną przez wszystkich miłośników ożywieńców.
Wydawnictwo Pascal wydało „Infekcję” na nowo, z poprawkami, więc podejrzewam, że poprzednie wydanie nadal utrzyma statut książki wyjątkowej. A jak jest w rzeczywistości?

Zacznijmy może od ostatniego elementu na jaki zwracam uwagę, więc sposób wydania. Cieszę się, że okładka nie jest upaćkana. Bardzo fajna czarno biała grafika, wyraźne litery i papier okładki to na pewno plus. Mam także nadzieję, że druga cześć zostanie utrzymana w podobnej stylistyce graficznej.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak


Rozwiązaniem sprawy zabójstwa młodego dziennikarza nikt nie wydaje się zainteresowany. Kolejne działania podejmowane w tej sprawie nie przynoszą skutku, a ciała ofiary nie udaje się odnaleźć. Sprawą zainteresowanych jest jedynie kilka osób: dziennikarz – kolega zamordowanego, prywatny detektyw po przejściach, jego nie-do-końca-była żona oraz ksiądz, którego obciążają grzechy poprzedniego ustroju. Czy uda się rozwikłać zagadkę zabójstwa? Dlaczego młody człowiek musiał zginąć?

Krótka instrukcja obsługi psa to literacki debiut dziennikarza Krzysztofa M. Kaźmierczaka. Czytając powieść, można wyczuć w niej reporterski pazur. Czytelnik obcuje z fikcją, jednak może mieć poczucie mocnego osadzenia tejże w prozaicznej rzeczywistości. Cała intryga opisana jest z dziennikarskim zacięciem, bez zbędnych dygresji, bez poruszania zbyt wielu wątków pobocznych. Dla jednych może to być zaleta, jednak w kilku miejscach przydałoby się szerzej zarysować kontekst.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

David Gemmell - trylogia TROJA

David Gemmell jest uznawany za jednego z najlepszych pisarzy heroic fantasy i autorem tak zwanego cyklu trojańskiego TROJA, w skład którego wchodzą trzy powieści „”Pan srebrnego łuku”, „Tarcza gromów” i „Upadek królów”. 

Ktoś może zastanawiać się, co na blogu poświęconemu literaturze grozy i kryminałowi robi recenzja cyklu fantastycznego. Czasami zdarza się, że wrzucam tutaj opinie niektórych powieści z tego gatunku. Tak, czytam i takie rzeczy. Jednak staram się ogólnie stronić od powieści pełnych elfów, smoków i magicznych artefaktów,a wyszukiwać tytuły, którym bliżej do powieści historyczno-przygodowej. Gdybyście poszukali niżej, to znajdziecie opinie o książkach: Joe Abercrombiego, Miroslawa Zambocha, Jacka Łukawskiego czy tytułach w klimacie steampunk. W opiniowanych powieściach i opowiadaniach raczej nie uświadczycie „heroicowych”, typowych dla gatunku elementów. Przecież powieść fantasy, to nie tylko wspomniane smoki. Nie wiem ile jest gatunków fantasy, pewnie sporo, wiec na szczęście zdarzają się także bardziej realne historie, osadzone w średniowiecznych klimatach, lub czasach podobnych, znanych z powieści historycznych, lub czerpiących z nich.
Ok, coś magicznego zazwyczaj tam znajdziemy.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Andrzej Wardziak - Siódma dusza.


Powiem szczerze, że po „Siódmą Duszę” Andrzeja Wardziaka sięgnąłem, bo coś mnie do tej powieści ciągnęło. Nie wiem co, może była to doskonała okładka autorstwa niezmordowanego Darka Kocurka, może dość pochlebne recenzje pierwszego jeszcze wtedy wydania „Infekcji”, może laurka na skrzydełku książki wystawiona przez Sebastiana Sokołowskiego i Łukasza Radeckiego, a może dość skrajne opinie w sieci, a to zawsze mnie pociąga i na ogół trafiam wtedy dobrze. Na pewno nie zachęciło mnie streszczenie samej powieści, gdzie pomysły i tło wydały mi się bardzo wtórne.
 „Siódma Dusza” to historia Marcina i kilku jego przyjaciół, którzy postanawiają spędzić piątkowy wieczór w położonej na odludziu wiekowej posiadłości, odziedziczonej po tragicznie zmarłym wuju głównego bohatera. Szybko okazuje się, że nie są tam sami, a to, co w pierwszej chwili wydaje się spełnieniem marzeń, szybko zamienia się w ponury, absurdalny koszmar. Dziwne, trudne do wytłumaczenia zdarzenia towarzyszą czytelnikowi od samego początku powieści, trzymając go w napięciu i wodząc za nos aż do ostatniej strony książki.
Mniej więcej to mówi opis zamieszczony przez wydawcę z tyłu książki. Jak jest naprawdę?

niedziela, 7 sierpnia 2016

Bez znieczulenia - Juliusz Wojciechowicz.

"Czasy poczytności opasłych potworów spod ręki Stephena Kinga minęły wraz z nim samym. Czas się pogodzić z tym faktem, jaki z tym, że mamy schyłek lat dwudziestych i niedługo wkroczymy w trzecią dekadę. To i tak cud, że ludzie jeszcze czytają - mawiał redaktor Kapuściński, podpowiadając, w jaki sposób "ciąć" powieść, by była adekwatna do gustów współczesnego czytelnika. - Po co te dłużyzny? Zamiast " wydarzyło się to późnym listopadowym popołudniem, gdy całe miasto wyglądało jakby pokrywała je płynna warstewka odbitego światła i deszczu. W takie dni deszcz jest zimniejszy od śniegu, a wszystko wydaje się podlejsze bardziej kanciaste. W taki dzień zostaje się w domu, czyta książkę i pije słodkie kakao z białego, grubego kubka." wystarczy: "rzecz działa się w listopadzie". Ludzie mają wyobraźnię, po co o tym wszystkim pisać?"

Hmmm
Idąc więc za pomysłem jaki towarzyszył pewnie autorowi i wydawcy, aby opublikować krótkie formy, oraz czytając notkę Wydawnictwa Gmork z ostatniej strony okładki (przytoczoną powyżej), mogę przejść do napisania recenzji, choć bardziej trafne byłoby użycie słowa "opinii" nt zbioru szortów Julka Wojciechowicza.

 ŚWIETNE!

Wprawdzie ciśnie się mi w głowie pomysł ,aby odnieść się chociaż do kilku rewelacyjnych tekstów, to tego nie zrobię. Po cholerę rozpisywać się nad czymś co można ująć jednym słowem?.

ZAJEBISTE!*


*Poprzednie słowo Świetne zamieniono na pierwotną wersję, na prośbę wydawcy :)

Magdalena Kamińska - Upiór w kamerze. Zarys kulturowej historii kina grozy.

Magdalena Kamińska podjęła się realizacji projektu, który z góry wydaje się być niemożliwy do ogarnięcia, nawet na ponad dwustu stronach zapisanych drobnym drukiem. Mam na myśli wydaną na dniach monografię „Upiór w kamerze. Zarys kulturowej historii kina grozy”. Mało tego, jak sama twierdzi w wywiadzie, który ukaże się w najnowszym numerze OkoLicy Strachu nie podołała temu zadaniu i pewnie nie udałoby się to nawet kilkuosobowemu zespołowi specjalistów. Patrząc na ponad stuletnią historię kina grozy wydawać się to może oczywiste. Bo jakim cudem zawrzeć w jednym tomie tak szerokie zagadnienie jak filmowy horror?
Ok. Zgadzam się, nie można i jest to chyba niemożliwe. Jednak próbować warto. Tym bardziej, że nie mamy do czynienia z wydaniem encyklopedycznym czy leksykonowym. Podobne próby zmierzenia się z tematem podejmowano już wcześniej. Wspomnijmy chociaż „100 filmów grozy. Leksykon” Andrzeja Pitrusa czy „Odrażające, brudne, złe: 100 filmów gore” Piotra Sawickiego. Jednak są to raczej przewodniki, leksykony, których zadaniem jest podać tytuł z krótkim opisem filmu. Takie ściągi, gdy zastanawiamy się co by tu obejrzeć wieczorem.

sobota, 6 sierpnia 2016

Przemysław Piotrowski - Droga do piekła.

Były amerykański żołnierz John Pilar zostaje skazany na śmierć za zamordowanie swojej rodziny w wyjątkowo bestialski sposób. Kat wstrzykuje mu zabójczą mieszankę, ale to nie koniec jego podróży. Po drugiej stronie budzi go odrażająca woń siarki…
Jego młodszy brat Lukas, były nowojorski policjant, a dziś zapijaczony detektyw, nie wierzy w jego winę. Odkrywa, że naczelnik więzienia, w którym zginął brat, nie ma krystalicznie czystego sumienia. Razem z młodą dziennikarką Rose Parker rozpoczynają prywatne śledztwo i wpadają na trop mrocznego spisku. Z każdym dniem coraz bardziej zagłębiają się w matni pierwotnego zła, niewyobrażalnego okrucieństwa i zdziczałej przemocy. Czy oczyszczą Johna z zarzutów, czy może dokopią się do prawdy tak przerażającej, że nawet samo piekło wydaje się być jedynie drobną igraszką?
„Droga do piekła” zabierze Cię w otchłań zła, gdzie trupi odór i kwaśna woń śmierci są jedynie finezyjnym zaproszeniem do skrzętnie skrywanej, mrocznej tajemnicy ludzkości.

„Droga do piekła” to druga powieść Przemka Piotrowskiego. Poprzednia - „Kod Himmlera” okazała się świetnym połączeniem powieści sensacyjnej w klimatach

czwartek, 28 lipca 2016

Guy N. Smith. Wywiad dla OkoLicy Strachu.

Guy N. Smith

Autor kilkudziesięciu powieści spod znaku horroru. W latach 1991-1992 związany z nieistniejącym już wydawnictwem Phantom Press International. W sumie wydano w Polsce  dwadzieścia sześć jego powieści oraz dwa cykle: Kraby (sześć tomów) i Sabat (cztery tomy). W roku 1994 Wydawnictwo VARIA-ADP wydało kolejne dwie książki Guya: Wampiry z Knighton i Alfabet Szatana. Obok Grahama Mastertona, Jamesa Herberta i Briana Lumleya stał się ikoną złotej ery horroru w Polsce w latach dziewięćdziesiątych XX w. Do dzisiaj w naszym kraju ma zarówno oddanych fanów, jak i przeciwników swojej twórczości. Krwawe okładki, zdobiące jego książki, na stałe zapisały się w kanonie horroru w Polsce. Ostatni raz fani mogli spotkać się z prozą autora w antologii Repliki 11 Cięć, w której znalazło się opowiadanie Diabeł z mrocznego lasu.
Przed Wami Guy N. Smith.

Tomasz Czarny: Guy, jak to się stało, że zostałeś pisarzem? Czy według Ciebie mogły na to wpłynąć jakieś konkretne osoby, autorzy lub sytuacje?

Guy N. Smith: Moja matka (E. M. Weale) była powieściopisarką historyczną w latach trzydziestych ubiegłego wieku. To ona zachęcała mnie do pisania od najmłodszych lat. Pisałem i ilustrowałem dla niej cotygodniowy, a także comiesięczny komiks. Kontynuowałem to bardzo długo, nie pomijając ani jednego numeru. W wieku około dziesięciu lat publikowałem swoje krótkie teksty w lokalnym tygodniku. Niektóre z nich ukazywały się w odcinkach. W sumie napisałem 56 opowiadań. Była to mieszanka kryminału, mystery fiction[1], sci-fi, westernu, itd.

T.Cz.: Czemu w swoich literackich dokonaniach skupiłeś się akurat na horrorze?

G.N.S.: Zająłem się horrorem, ponieważ we wczesnych latach siedemdziesiątych, znajomy redaktor z wydawnictwa New English Library (NEL) dał mi znać, że szukają powieści o wilkołakach do swojej oferty wydawniczej. Wysłałem więc do nich konspekt takiej historii i w ciągu tygodnia dostałem decyzję o jej akceptacji do planu wydawniczego. Werewolf by Moonlight został wydany w 1974 roku.

T.C.: Werewolf by Moonlight był Twoim debiutem. To wtedy odkryłeś w sobie literackie powołanie?

G.N.S.: Werewolf by Moonlight był jedną z wielu powieści, które wydałem w wydawnictwie NEL. Tak naprawdę nie mogło ono nadążyć z wydawaniem wszystkiego, co wtedy pisałem, więc dogadaliśmy się, że będę współpracował również z Hamlyn Paperbacks. Obaj wydawcy zapewniali, że nie będą wypuszczać moich powieści w tym samym momencie, żeby uniknąć dwóch premier w miesiącu.

niedziela, 24 lipca 2016

Co się dzieje z Nagrodą Grabińskiego?

Długo zastanawiałem się nad tym, czy napisać ten felieton. Miałem wiele wątpliwości i sprzecznych myśli. Najbardziej obawiałem się, że zostanę posądzony o sianie zamętu, robienie sztucznej zawieruchy, działanie na szkodę polskiej grozy. Jednak chcąc nie chcąc, jestem nie tylko czytelnikiem, ale i propagatorem polskiego horroru, więc jego dobro leży mi na sercu. Dlatego postanowiłem zabrać głos w sprawie Nagrody Polskiej Literatury Grozy imienia Stefana Grabińskiego. 
Będzie to głos niepokoju, ponieważ obawiam się kolejnej fali krytyki związanej z Nagrodą, z prostej przyczyny. Mam wrażenie, że Nagroda jakby umarła, że nic się nie dzieje, a jeżeli jest inaczej, to działania Kapituły przyznającej to szczególne wyróżnienie twórcom polskiego horroru zaczynają być niejasne i owiane mgłą tajemnicy, która będzie pożywką wszelkim negatywnym opiniom. Z jednej strony nie ma co się dziwić, skoro dostępny regulamin czy statut, nijak ma się do rzeczywistości.

Ostatnią oficjalną informacją zamieszczoną na stronie polskagroza.pl (medialnego ramienia Nagrody) jest lista zakwalifikowanych do nagrody powieści i opowiadań z 30 marca br.
Od tamtego czasu nastała cisza. I to właśnie jest niepokojące, ponieważ w Stowarzyszeniu organizującym całą "imprezę" zaszły duże zmiany osobowe. Odszedł Stefan Darda, który trzymał piecze nad systematyką prac i terminów. Pomijam okoliczności i powody rozpadu trzonu Zarządu. Stefan dyplomatycznie odpowiada na łamach drugiego numeru OkoLicy Strachu:

S.S.Środowisko polskiej grozy znamy obaj
dość dobrze. Nie chcę pytać o kłótnie, które co
jakiś czas wybuchają, bo podejrzewam, że obaj
mamy ich dosyć. Spytam za to, dokąd zmierza
Stowarzyszenie, które odpowiada za przyznanie
Nagrody? Słyszałem, że opuściłeś jego szeregi?

S.D.: Tak, wycofałem się, więc nie bardzo
wiem, w jakim stadium rozwoju jest dzisiaj
Stowarzyszenie. Życzę mu jak najlepiej, a wycofałem
się przede wszystkim dlatego, że nie
jestem w stanie poświęcać czasu i energii czemuś,
co w moim przekonaniu powinno działać
o wiele lepiej. Mam nadzieje, że ci, którzy
skierowali „stowarzyszeniowy okręt” na taki,
a nie inny kurs, wiedzą, co robią, i będą potrafili
wypłynąć nim na szerokie wody. Nie
będzie łatwo, ponieważ raf, o które można się
roztrzaskać, jest aż nadto, ja jednak trzymam
kciuki, aby wszystko się dobrze skończyło.

sobota, 23 lipca 2016

Grimm Fairy Tales # 2 - recenzja.

Dzięki wydawnictwu Okami, po raz drugi powracamy do barwnego, choć bezwzględnego świata baśni braci Grimm i przyglądamy się naszej rzeczywistości przez pryzmat kolejnej doskonale nam znanej historii. Zostajemy bowiem wciągnięci w wir „Kopciuszka”, który przecież nie powinien nas zaskoczyć. A może jednak? Przyznajcie się, kto z Was kiedykolwiek zainteresował się prawdziwą wersją tej baśni? Cóż, bez względu na odpowiedź, teraz macie okazję ją sobie przypomnieć lub poznać na nowo.

Rozpoczynająca studia Cindy marzy o nowym początku i lepszym życiu. Jak wiele dziewcząt w jej wieku, pragnie dołączyć do prestiżowego bractwa ślicznotek i uparcie stara się przekonać samą siebie, że ma szanse sięgnąć po marzenia. Niestety, jej z trudem wypracowany entuzjazm zostaje szybko zrównany z ziemią, a zrozpaczona dziewczyna raczej przypadkowo trafia na wykład poświęcony baśni o Kopciuszku – dręczonej przez macochę i przyrodnie siostry dziewczynie, która z pomocą „matki chrzestnej” odbija się od dna sięgając gwiazd.

Tym, co niewątpliwie rzuca się w oczy przy okazji drugiego zeszytu „Grimm Fairy Tales” jest zdecydowanie większa brutalność przedstawianej nam historii. Naszą przygodę z tą serią drobnych komiksów rozpoczęliśmy raczej łagodnie, jako że „Czerwony

czwartek, 21 lipca 2016

Joe Abercrombie - Ostre cięcia.


"Ostre cięcia" to zbiór nagradzanych historii i nowych opowiadań mistrza mrocznej fantasy, Joego Abercrombiego. Przemoc szaleje, zdrada rozkwita, a słowa są równie śmiercionośne jak oręż w tej galerii zakulisowych rozgrywek, pobocznych historii i zaskakujących zakończeń.
Unia jest pełna drani, ale tylko jeden z nich uważa, że jest w stanie samodzielnie odnieść zwycięstwo, gdy nadciągają Gurkhulczycy: niezrównany pułkownik Sand dan Glokta.
Curnden Gnat i jego drużyna wyruszają za Crinnę, by odzyskać tajemniczy przedmiot. Jest tylko jeden kłopot: nikt nie wie, czego właściwie szukają.
Shevedieh, najlepsza złodziejka w Styrii, miota się między kolejnymi wpadkami i katastrofami u boku swojej najlepszej przyjaciółki, a zarazem najgorszego wroga: Javre, Lwicy z Hoskoppu.
A po latach rozlewu krwi pełen ideałów wódz Bethod rozpaczliwie pragnie zaprowadzić pokój na Północy. Stoi mu na drodze tylko jedna przeszkoda – jego własny obłąkany podwładny, najgroźniejszy człowiek na Północy: Krwawa Dziewiątka...
Notka wydawcy

środa, 20 lipca 2016

Bezsenne Środy z Wielkim Bukiem. Ludzie z bagien - Edward Lee.



Pierwsze spotkanie z horrorem ekstremalnym przypomina pierwsze spotkanie z operą – albo czytelnik zakocha się od pierwszej, ociekającej krwią strony, albo zniesmaczony odłoży książkę i już więcej nie sięgnie po ten wyjątkowy gatunek. Bo horror ekstremalny, jak powszechnie wiadomo, oznacza równie ekstremalne doznania podczas lektury. Przemoc doprowadzona często do granic absurdu, seks oscylujący na pograniczu wycia z rozkoszy i bólu jednocześnie, połyskujące połacie mięcha, zazwyczaj ludzkiego, a wreszcie te oklepane flaki, krew i posoka. Powszechny gore w najczystszej postaci, makabra, splatterpunk czasami tak szokujące, że przekraczające pewien pułap i paradoksalnie nudne, o ile oczywiście czytelnik ma co nieco mocniejszych kęsów tej prozy za sobą, ma otwarty umysł na wyrafinowane formy cielesnych zabaw i potrafi zdystansować się wobec hardcorowej ludzkiej krzywdy. Bo dla wytrawnego czytelnika szaleństwo przemocy już nie wystarcza, a seksualne dewiacje nudzą, jeśli nie ma tego „czegoś”, iskry, fabularnej ciekawostki, która ukaże coś więcej poza rozlewem krwi.

HIDEOUT - Masasumi Kakizaki. Komiks.

Miki i Seiichi są małżeństwem, które spędza czas na pięknej wyspie. Nad ich związkiem ciąży tragedia, która rzutuje na związek obojga. W nieszczęśliwym wypadku stracili syna. Spędzenie wspólnie czasu na rajskiej wyspie ma być terapia, która powinna pogrzebać demony przeszłości. Jednak nie jest to łatwe. Miki obwinia Seiichiego o śmierć syna.

Seiichi postanawia podjąć jeszcze jedną próbę ratowania małżeństwa. Namawia Miki na wypad nad wodospad, który według legendy przynosi szczęście odwiedzającym go parom. To nie jedyna legenda związna z wyspą. W trakcie wojny toczyły się na niej walki, w których zginęły tysiące żołnierzy, podobno w wielu miejscach pięknej wyspy nadal bieleją kości poległych. Bohaterowie wyruszają nad wodospad, pogoda się załamuje, nadciąga ulewa, do tego w samochodzie kończy się paliwo. W trakcie jazdy dochodzi do kolejnej kłótni podczas której Seiichi postanawia pozbyć się przeszłości i rozpoczać nowe życie. Pod pretekstem dotarcia do chaty znajdującej się w głębi lasu wyruszają w deszczu po pomoc. Seiichi postanawia zabić Miki, ta jednak ucieka i

poniedziałek, 18 lipca 2016

Maciej Lewandowski - Splątanie.

Nie będę ukrywał, że długo zabierałem się do napisania kilku słów o debiutanckiej powieści Macieja Lewandowskiego „Splątanie”. Z jednej strony czytałem tą książkę gdy trafiła do wydawcy i poproszono mnie o napisanie blurba, z drugiej wstrzymywałem się z opinią do czasu premiery. Pomimo, że książka swoją premierę miała na poznańskim PYRKONIE, na którym gościł także autor i promował „Splątanie”, to do dzisiaj ze świecą szukać jej na księgarskich półkach.  Wprawdzie w formie elektronicznej jest do kupienia, ale w papierowej na dzień dzisiejszy nie ma szans. Dlaczego? Wydawca, którym są Wydawnictwa Videograf kilkakrotnie przekładał datę wrzucenia jej do obiegu. Zresztą taka sytuacja nie dotyczy tylko tej powieści. Dlatego też i ja wstrzymywałem się z opinią. Nie ma chyba sensu pisać o tytule, którego nie można kupić, choć kilkadziesiąt sztuk pre-booka swojego czasu można było nabyć, choćby na wspomnianym konwencie. Na dzień dzisiejszy mamy chyba w miarę konkretną zapowiedź, że „Splątanie” powinno trafić do księgarń na dniach. Więc do dzieła.

   Pierwsza część cyklu powieści kryminalno-okultystycznych z Jakubem Kempnerem, policyjnym śledczym. Zdegradowany i przeniesiony do Wrocławia, zostaje przydzielony do rutynowej sprawy samobójstwa. To, co miało być standardowym wypełnieniem dokumentacji, szybko przeradza się w ciąg niespodziewanych zdarzeń. Dręczeni widziadłami oraz ciężkimi do wyjaśnienia zjawiskami policjanci z wolna porzucają utarte ścieżki dochodzeniowe, ruszając tropem tajemnicy zagrzebanej w jednej z wrocławskich dzielnic. Krok po kroku docierają do jądra zagadki brutalnych samookaleczeń, a jednocześnie stają przed wyzwaniem, w którym na szali kładą własne życie. Czasu mają niewiele – demoniczny byt gnieżdżący się w okolicy ma szansę tylko raz na kilkadziesiąt lat wypełnić rytuał zapoczątkowany ponad dwa wieki temu.

czwartek, 14 lipca 2016

Coś#01 i nie tylko.

W erze internetu i wszelkich publikacji elektronicznych coraz trudniej jest znależć czasopismo papierowe. Rynek tradycyjnej, papierowej prasy niesie dla twórców tych tytułów wiadome niebezpieczeństwo. Koszt stworzenia papierowego tytułu jest zdecydowanie wyższy niż podobnego tytułu w formie elektronicznej. Więc widmo niepowodzenia projektu i strat finansowych jest zdecydowanie wyższe.  Inną sprawą pozostaje popyt rynku na czasopisma tradycyjne. Gdyby zapytać losową osobę o pismo fantastyczne wydawane w formie papierowej, zapewne zdecydowana większość wymieniłaby „Nową Fantastykę” i koniec. Nie ma co się dziwić, ponieważ pierwszą myślą jest właśnie NF, a potem naprawdę trzeba się nagłowić aby wymienić chociaż dwa tytuły.

 Odchodząc od tematu, pamiętam czasy, gdy w kiosku miało się własną teczkę z zaprenumerowanymi tytułami, a gazeta była niemal elementem codziennego rytuału. Dzisiaj w erze internetu i mnogości zamieszczanych tam informacji ,człowiek z szeleszczącą gazetą przeszedł niemal do lamusa. Pozostawmy wspomnienia i spójrzmy  jak to wygląda dzisiaj. Zerknimy na  prasę przeznaczoną dla fanów literatury grozy skupiając się na najnowszym tworze – kwartalniku „Coś”
Tak naprawdę dzisiaj nie ma gazety, która w swoim profilu zamykałaby się tylko na horrorze. Skąd to się bierze? Z pewnością z obawy przed dość wąskim gronem odbiorców. Nie czarujmy się, horror nigdy nie osiągnie popularności romansów czy powieści kryminalnych i ci, którzy sądzą inaczej delikatnie mówiąc, są niepoprawnymi szaleńcami.

środa, 13 lipca 2016

Antologia polskich opowiadań grozy. Seria CITY#3

Moment pojawienia się na rynku wydawniczym trzeciej części “Antologii Polskich Opowiadań Grozy City 3” , “ucelebrowałem” zakupem wszystkich, poprzednich  części serii.
Czytanie również zacząłem (jak to się mawia) od dupy strony, bo na pierwszy ogień poszła właśnie trzecia część oraz rozpocząłem ją  od ostatniego opowiadania. Taki kaprys.

Książka składa się z dwudziestu trzech tekstów o tematyce nie tylko grozy, ale zahaczymy również o coraz bardziej popularne motywy bizarro oraz czarnego humoru.
Nagromadzenie tekstów w jednym zbiorze jest tak duże, że ciężko byłoby omawiać każdy z osobna. 
Niemniej według mojego przekonania na specjalną uwagę zasługują: “Trupi Pociąg” A. Kwiatkowskiej,  “Wskaż mi!” M. Grzywacza, “Pająk” D. Muszera oraz “Rybki” J. Turkowskiego. Groza zawarta w treściach tych opowiadań nie tylko zaskakuje, rzeczywiście wywołuje gęsią skórkę oraz w efekcie końcowym podarowywuje doskonałe poczucie niezmarnowania czasu.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Pod podłogą – Michał Pstrucha

Łukasz nie pamięta, kim jest. Wszystko, co wydarzyło się przed jego siedemnastym rokiem życia, spowija mgła. Od czasu do czasu nawiedzają go koszmary z przeszłości. Jego smutną i monotonną egzystencję przerywa pozostawienie przez poszukiwanego przez policję mordercę samochodu na podjeździe domu Łukasza. Od tej chwili nic nie będzie już jak dawnej. Wokół głównego bohatera zaczną ginąć ludzie, policja będzie deptać mu po pietach, a przeszłość powoli odkryje swoje tajemnice…

Debiutancki thriller psychologiczny pochodzącego z Łodzi Michała Pstruchy rozpoczyna się niemrawo. Jednak wraz z kolejnymi przeczytanymi stronicami postrzeganie książki Pod podłogą zmienia się. Akcja zaczyna być bardziej wartka, a odkrywane przez autora sekrety coraz bardziej frapują. Autorowi zgrabnie udało się ukryć rozwiązanie zagadki przed czytelnikami, choć co bardziej wprawieni odbiorcy zaczną domyślać się rozwiązania po mniej więcej dwóch trzecich tekstu. Nie sprawi to jednak, że porzucą dalszą lekturę.