Okiem na Horror

Okiem na Horror

niedziela, 31 sierpnia 2014

Wspomnienie lata. Maciek Lewandowski na GRYFCONIE. Wywiad

O strachach na poważnie i z przymrużeniem oka. Maciek Lewandowski na Gryfconie

O czym opowiesz podczas spotkania z czytelnikami?
- Postanowiłem wyciągnąć na tapetę tendencje w pisaniu horrorów i nagrywaniu filmów, ale w taki sposób, żeby to trochę obśmiać. Chcę pokazać, gdzie są pewne klisze, niedopowiedzenia i naiwności. Wspomnę też o śmiesznym horrorze, takim jak np. „Martwe zło”, „Dom II”, „Martwica mózgu”. Ten ostatni, mimo że jest brutalny lub w pewnym momencie nawet obrzydliwy, jest również śmieszny. Ciężko się nie śmiać, kiedy np. widzi się domek jednorodzinny, który jest statkiem kosmicznym. (Śmiech.)





Gdzie Twoim zdaniem, zaczyna się śmieszność, a gdzie kończy groza?
- Tam, gdzie jest dystans do tego, co się robi. Człowiek, który tworzy dowolny element sztuki, jakiejkolwiek: wizualnej, pisarskiej - musi mieć dystans do siebie, do świata, do tego, co próbuje przedstawić. Mamy dwa rodzaje śmieszności. Albo jest to śmieszność zamierzona, przewrotka słowna, jakiś slapstick wmontowany w opowieść. Albo jest to ta najgorsza możliwa śmieszność – niezamierzona. Mamy
z nią do czynienia, kiedy ktoś po prostu napisał kicz. Jest to żenujące, śmieszne i nie można z tym nic innego zrobić, tylko obśmiać. Niestety, w fantastyce, w jej różnych podgatunkach zawsze gdzieś można taką śmieszność znaleźć. Patrzysz się na to i myślisz sobie: „Boże, za co?”. (Śmiech.)

Na Twojej stronie pojawiła się informacja, że napisałeś właśnie opowiadanie o wampirze. W związku z tym chciałabym zapytać, czy dzisiaj nie wypada nie pisać o wampirach? Trzeba mieć coś na swoim koncie, gdzie jest wampir albo chociaż zombie?
- Tak. (Śmiech.) O zombie wypada coś napisać, bo zombie się sprzedaje. Jeśli popatrzymy na wszystkie nurty, które nas zalewają w popkulturze, to zombie jest wszędzie. Mają swój złoty moment. Są też z każdej strony obśmiane. Nikt tej tematyki tak naprawdę nie traktuje już na serio. Mamy filmy o zomie, które trafiają pod strzechy, bo są mainstreamowe. Są zombie-gry, gry dla dzieci o zombiakach, które atakują ogródek i roślinki… To konwencja i łatka, ale przede wszystkim - sposób, dzięki któremu twórca ma szansę wejść na półkę księgarską czy do kina i na tym zarobić. Natomiast, jeśli chodzi o wampira: za tę postać zabrałem się trochę na przekór. Zobaczyłem, że jest fajna antologia opowiadań, traktująca o wampiryzmie. Stwierdziłem, że ja też mogę coś na ten temat napisać. Na zasadzie zmierzenia się z ikoną literatury grozy. Wyszło w miarę nieźle, moim zdaniem. I to był główny zamysł. A czy warto o tym pisać? Nie trzeba i też raczej nie warto. Zombie, jak zombie, to się sprzeda, to jest prosta tematyka. Ale już wampiryzm, wilkołactwo - to tematy, które są mocno ograne i ciężko jest wymyślić coś nowego. Powielanie klisz nie jest fajnym zjawiskiem w kulturze, a jeśli już ktoś się za to zabiera, powinien to zrobić dobrze, z głową. A i tak będzie to balansowanie po bardzo cienkiej linii popadnięcia w niezamierzoną śmieszność, kiedy po prostu zrobi się kichę.

Zdobycie nagrody literackiej pomaga, czy przeszkadza?
- Nie zauważyłem ani tego, ani tego. (Śmiech.) Myślę, że na dobrą sprawę nikt na szerszą skalę nie odnotował, że zdobyłem nagrodę literacką. Wątpię, żeby ktoś nie siedzący mocno w polskiej fantastyce wiedział o tym, że jest coś takiego, jak Nautilus i że jest to jedna z nagród tej samej kategorii co Nagroda im. Janusza Zajdla. Może zdobycie samego Zajdla by coś zmieniło? Kiedy kupuje się książki, to można zobaczyć, że jedna jest  nominowana do Zajdla, lub zdobyła Zajdla… Nautilus nie jest tak reklamowany, a szkoda bo ma długą tradycję i wielu uznanych autorów po niego sięgnęło choćby Sapkowski lub Orbitowski. Nagroda literacka pomogła o tyle, że czasami ktoś się do mnie odezwie. Tak jak niedawno Sebastian Sokołowski. Napisał wiadomość, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i poznałem bardzo fajnego człowieka. Tak więc znajomości to główna wartość dodana do nagrody Nautilusa, która jednak nie sprawia, że książka i opowiadania same się piszą, a wydawcy dzień i noc łomoczą do mych drzwi. Dodam, że Nautilus to bardzo elegancka statuetka, świetnie zbierająca kurz i prezentująca się na regale. I do tego się idealnie nadaje. (Śmiech.)

To jeszcze na koniec: czy polscy wydawcy boją się horroru i literatury grozy. Z tego, co można przeczytać, usłyszeć, ciężko jest wam – autorom przebić się, coś wydać, zaistnieć.

- Tu jest trochę inny problem, bo przebić się oraz zaistnieć jest trudno pisarzom praktycznie każdego gatunku.  My sprzedajemy produkt, a on musi na siebie zarobić. Żeby tak było - powinien być po prostu dobry. Jeśli ktoś zrobi coś dobrego, wydawca to weźmie i sprzeda z zyskiem. Wydawca prowadzi firmę, a nie instytucję charytatywną. Musi policzyć skład, grafikę, korektę, reklamę oraz czas pracy. To wszystko musi na siebie zarobić. Jeśli wydawca widzi, że dana rzecz mu nie przyniesie zysku, to ciężko, żeby czyjąś publikację wydał. To jest normalny mechanizm i każdy biznes tak działa. Nie jesteśmy przez nikogo skreślani. Inna sprawa, że tak jak w każdej działalności, tak i tu potrzeba odrobiny szczęścia i pokonania nieprzewidywalnego czynnika ludzkiego. Generalnie groza, czy to polska, czy zachodnia, jest wydawana i ma się naprawdę nieźle. Jedyny warunek: trzeba ją po prostu napisać dobrze. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz