Okiem na Horror

Okiem na Horror

czwartek, 28 stycznia 2016

Marek Stelar - Byłem dziesiąty, uwierzysz? Opowiadanie.

Marek Stelar związany z wydawnictwem Videograf,
autor rewelacyjnych powieści kryminalnych
Rykoszet (Videograf 2014) Twardy zawodnik (Videograf 2015).
Jak się okazuje, swoje pierwsze kroki z pisaniem
rozpoczynał od opowiadań w klimatach horroru.



BYŁEM DZIESIĄTY, UWIERZYSZ?


Pamiętał podobny obrazek z dzieciństwa. Widok latarni otoczonej gęstą zasłoną ciemności. intercity. Na miękkim siedzeniu, a nie na lodowatym, nierównym bruku ulicy. Nie jak teraz, słuchając jak w głuchej ciszy krople jego własnej krwi rozpryskują się z ledwo słyszalnym pluskiem o szare kostki granitu. Wówczas, z twarzą przyklejoną do brudnego okna, z typowo dziecięcą fascynacją przyglądał się nielicznym latarniom w mijanych w ciemnościach nocy wioskach. Dłonie, oparte o zimną szybę, przyłożone miał do skroni, by jeszcze szczelniej odciąć się od światła jarzeniówki w przedziale. Wytężał wzrok, wbijając go w ciemność za oknem. Pojedyncze lampy na drewnianych słupach rzucały pod siebie zamglony snop ciemnożółtego światła, wyłuskując z mroku jedynie kawałek zakurzonej drogi, fragmenty płotów czy kęp trawy i krzewów.
Nie wiedział właściwie, dlaczego, ale jakimś cudem zapamiętał go nadzwyczaj dokładnie, z najdrobniejszymi szczegółami. Tyle, że wtedy siedział w ciepłym wagonie
Latarnia otoczona gęstą zasłoną ciemności. Nierealny i niesamowity, kurwa, widok.
Jasne, nie znał jeszcze wtedy słowa „kurwa”. Nie wiedział, że istniał kiedyś ktoś taki jak Adolf Hitler. O tym, że Żydzi są całym złem tego pierdolonego świata, ojciec też powiedział mu parę lat później. Potem zresztą powtarzał to bardzo często, podkreślając wagę swych słów uderzeniem puszki z piwem o blat stolika. Towarzyszący temu metaliczny dźwięk też pamiętał aż nazbyt dobrze.

Teraz, zamiast krzewów czy płotów, światło ulicznej latarni wydobywało z mroku tylko jego skuloną postać i okrągły fragment kocich łbów z kałużą ciemnej, niemal czarnej krwi, w której siedział ze zwieszoną głową. Wiedział, że do ciężkiej cholery, powinien przecież widzieć swój cień i choć kawałek słupa tej pieprzonej latarni… Kurwa, to, że jest skinheadem, nie znaczy, że nie zna podstaw fizyki!
Ale nie, nie było słupa… Jak gdyby siedział pod wielką lampą podwieszoną do nieboskłonu. Dupa. Nieboskłonu też już nie było. Poza otoczonym czarną, nieprzeniknioną ścianą mroku świetlnym stożkiem nie było niczego. Kompletnie niczego. O, tak, doświadczył tej nicości na własnej skórze...


*  *  *

Bawili się świetnie. Była druga w nocy i nikt im nie przeszkadzał. Spróbowałby tylko, a roznieśliby go na strzępy, tak byli nabuzowani.
Była ich szóstka. Znali się od dawna, znali też wszystkich Żydów w tym mieście. Tak, mieli ich na swojej czarnej liście. Nie wiedzieli jeszcze dokładnie, do czego tak naprawdę ma im się ona przydać, ale jak mawiał Wolf – trzeba dobrze poznać swojego wroga.
Na starym, żydowskim cmentarzu panowała grobowa cisza. „Jarzycie? Grobowa! Dobre, nie? Pasuje, kurwa, jak ulał” − śmiał się Wolf, siedząc okrakiem na nagrobku, wlewając do gardła porcję jabola i strzykając śliną przez czerniejącą szparę w uzębieniu, która została mu po jakiejś ustawce. A potem rozpiął pas z ciężką, metalową klamrą z napisem „Gott mit uns”, zdjął spodnie i wypróżnił się na sąsiedni, wyjątkowo okazały grób,

oni na to mówią: macewa – trzeba znać wroga, kurwa, nie?

zostawiając na hebrajskich napisach brunatne, obrzydliwe ślady. Rozbawił ich tym do łez, więc żeby mu się przypodobać, zrobili to samo.
W ogóle Wolf to był niezły gość. Wiedział wszystko o Hitlerze i jego świcie, potrafił wymienić po kolei stopnie Waffen SS i ich odpowiedniki w Wehrmachcie. Na codziennych spotkaniach wbijał im do łysych łbów wspaniałą ideologię rasy panów. Byli kimś! Byli... No i koniec zabawy, spierdalamy panowie, bo psy jadą!
            Ktoś w końcu musiał zadzwonić na policję, na początku trochę za głośno się wydzierali, fakt. Wolf zgubił puszkę farby w spreju, której użył wcześniej malując na grobach swastyki. Wydawało mu się, że krzyże złamane były nie w tę stronę, co trzeba, ale przecież nie zwróci Wolfowi uwagi – dostałby tęgi wpierdol za kwestionowanie autorytetu przywódcy grupy.
Biegł co tchu, zostawiwszy w tyle migające między drzewami parku niebieskie koguty, a ciężkie, czarne glany ciążyły mu na nogach. Już widział zakręt swojej ulicy. Po chwili, wciąż biegnąc, gwałtownie skręcił w nią, chwytając za słupek ze znakiem „ustąp pierwszeństwa przejazdu”. Siła odśrodkowa sprawiła, że niemal upadł na bruk. Odzyskał równowagę i chwiejnym krokiem potruchtał w kierunku swojego domu, położonego na końcu cichej uliczki. Biegł jej środkiem, czując pod grubymi podeszwami nierówności brukowej nawierzchni, wciąż niemogącej doczekać się pokrycia asfaltem. Widział przed sobą zbiegające się perspektywicznie linie majaczących w ciemnościach płotów, kalenic dachów oraz regularny rytm latarni, wyrastających z chodnika po prawej stronie. I nagle, poczuł na twarzy delikatny, lodowaty powiew, kiedy ktoś prosto do ucha szepnął mu:

 byłem dziesiąty, wiesz?

Stanął jak wryty, a serce biło mu mocno z wysiłku i strachu. Obejrzał się, lecz nikogo nie zobaczył. Był sam. Potrząsnął głową i ponownie ruszył przed siebie już normalnym krokiem. Czego tu się bać, jest u siebie, nie? Szedł, pogwizdując cicho jakąś melodię. Nagle, kilkanaście metrów przed sobą, w świetle następnej latarni ujrzał idącą dziwnym, kołyszącym się chodem postać. Wyraźnie utykała. Zmrużył oczy i zamrugał powiekami, wyostrzając zamglony alkoholem wzrok. Spostrzegł, że człowiek przed nim jest bosy. Gołe pięty migały swą bladością w rytm pospiesznych kroków.
− Lunatyk – powiedział cicho do siebie, widząc chudego mężczyznę w potarganej, przypominającej szpitalną, piżamie w pionowe pasy.
Nie wiedział kto to, był zbyt daleko i było zbyt ciemno. Sąsiad, obcy? Przyspieszył. Byli obaj spowici mrokiem, wbijającym się pomiędzy snopy świateł kolejnych latarni, gdy zbliżył się do niego na tyle, by zauważyć, że tamten również nie ma na głowie włosów. Z tyłu czaszki, na pokrytej rzadką szczeciną skórze widać jakieś znamię.
Równocześnie weszli w krąg pomarańczowego światła lampy. Gdy mijał chuderlaka, ten nie patrząc na niego, oznajmił:
− Byłem dziesiąty, uwierzyłbyś? – i pokręcił ze zdumieniem głową.
Nie wiadomo dlaczego, robiło się coraz zimniej. Taka temperatura w lipcu?
Wtedy lunatyk spojrzał na niego, a on widząc jego twarz, poczuł jak jelita i gardło ściska mu paraliżujący strach. Skurcz i swędzenie w kroczu świadczyły o tym, że organizm podjął atawistyczną próbę obrony przed nieznanym zagrożeniem, podnosząc mosznę, by ukryć jądra w bezpiecznym wnętrzu ciała. Z całych sił zacisnął zwieracze, aby nie stracić kontroli nad pęcherzem, któremu w tej chwili ogłupiały mózg nakazał się opróżnić. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak przerażony.
Spojrzał ponownie na tył głowy tamtego i zrozumiał, że to wcale nie było znamię. Był to osmalony otwór po pocisku. Pocisku, który przebiwszy czaszkę, wyleciał lewym okiem, zostawiając po sobie ziejący czerwienią, postrzępiony krater wielkości pięści. „O, Chryste” – przemknęło mu przez myśl, gdy przenosząc wzrok ze zmasakrowanej twarzy w dół, ujrzał na przedramieniu chudzielca niezdarnie wytatuowany, koślawy, niebieski numer

kurwa, to nie piżama! To nie żadna, jebana piżama! To obozowy pasiak! Co tu się dzieje?

Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nigdy nie widział takich ran w realu. Nawet w necie trudno było coś takiego znaleźć, choć nigdy nie przyszło mu do głowy dobrze poszukać. Po co? Od tego był Wolf.
Musiał usiąść. Teraz. Choćby tu, na tym zakurzonym bruku pod latarnią. Trząsł się z zimna i strachu, wciąż nie spuszczając wzroku z kogoś, kogo wziął za lunatyka. Usiadł, czując, że mimo wysiłków i tak zaraz zleje się w spodnie. Więzień kucnął przed nim opierając kościste łokcie na kolanach i patrzył na niego, uśmiechając się smutno.
− Byłem dziesiąty – miał dziwny, twardy akcent, niektóre sylaby przeciągał, niektóre skracał − W końcu byłem dziesiąty... Po którymś z kolei apelu, wiesz, jednym z tych, na których stawiali nas w rzędzie, kazali odliczać do dziesięciu, a potem rozwalali numery dziesięć, zorientowałem się, że jeden taki znalazł sposób na oszukanie śmierci. Tak, tak! Był jakimś profesorem matematyki na Uniwersytecie Lwowskim. Zawsze był czwarty albo piąty. Zawsze! Ja dwa razy byłem dziewiąty, a raz jedynką – ocierałem się o śmierć, niemal czułem muśnięcie jej dłoni na swej skórze. Jaki ja byłem szczęśliwy, kiedy zabierali tego obok mnie, kazali kłaść się w błoto twarzą do ziemi i strzelali mu w tył głowy, niech Bóg mi wybaczy... Szczęśliwy, że to nie ja... – przerwał, gdy spostrzegł leżący na bruku niedopałek papierosa.
Rzucił się w jego kierunku i zachłannym gestem podniósł do pokrytych skrzepami krwi ust, oddzierając najpierw filtr.
A on wciąż siedział na bruku, podpierając się rękami, kręcąc z niedowierzaniem głową i przypominając sobie gorączkowo słowa jakiejkolwiek modlitwy. Patrzył, jak wychudzony trup z błyskiem w ocalałym oku przygląda się kipowi i szeptał w kółko tych kilka słów, które pamiętał z pacierza:

Boże, to nie może być prawda, módl się za nami, nie, proszę i odpuść nam winy i chleba naszego powszedniego, Boże...

Tymczasem więzień na powrót kucnął obok niego, a z zakrwawionego oczodołu wydobyła się kleista strużka jakiejś substancji. W niepojęty sposób koniec niedopałka rozjarzył się nagle żarem, rozświetlając na chwilę wnętrze brudnej dłoni z czarnymi paznokciami. Zaciągnął się głęboko i oglądając się na miejsce, gdzie przed chwilą kip leżał wdeptany w kurz, stwierdził:
− Takie marnotrawstwo. Jeszcze ze dwa sztachnięcia były... Wiesz, czarni ciskali nam czasem za druty niedopałki i patrzyli, jak rzucamy się w błoto, bijąc się o nie jak zwierzęta o ścierwo. Mieli ubaw, że hej!
Pokiwał głową i spojrzał na chłopaka, który z rosnącym przerażeniem i obrzydzeniem wpatrywał się w smużkę dymu snującą się z tyłu jego głowy.
− Kula przeszła przez potylicę, mózg, jamę gardła, podniebienie i oko – wyjaśnił. −  O czym to ja...? Ach tak, profesor. Gdy go o to zapytałem, powiedział mi o co chodzi. Byłem tylko zwykłym, prostym szewcem z Litzmannstadt, więc nie bardzo zrozumiałem. Mówił o jakimś... o, mam! Józef Flawiusz. Nie wiem, kim on był, w każdym razie człowiek ten wymyślił sobie, że jest sposób na obliczenie numeru, który na ciebie wypadnie. Reszta to kwestia ustawienia się w odpowiednim miejscu. Profesor znał ten sposób, wyjawił mi go w chwili słabości, a potem prosił, ba, błagał żebym nikomu nic nie mówił. W zamian pozwolił mi stawać obok siebie, po swojej prawej stronie. Teraz byłem zawsze piąty albo szósty – obejrzał niedopałek, który zgasł przed chwilą i z żalem odrzucił go w ciemność, wydmuchując z płuc resztki dymu. − Ale profesor był już starym i schorowanym człowiekiem. Mam nadzieję, że tego dnia pomylił się z powodu wycieńczenia, a nie dlatego, żebym nikomu nie zdradził jego sekretu. Wypadło na mnie. Byłem dziesiąty. Po dwóch latach wymykania się kostusze, w końcu mnie dopadła. Dziesiąty. Dziesięć. Przeklęta, pierdolona liczba!
Chłopak wpatrywał się przed siebie niewidzącym wzrokiem,

…dlaczego właśnie ja…?

siedząc nieruchomo, nie czując, że mokra plama z tyłu spodni zmienia się powoli w cienką, lodową skorupę

…dlaczego ja, a nie ten pojeb Wolf, który w domu ma portret führera, i który kiedyś omal nie zabił człowieka? I czy ktoś w końcu tu przyjdzie…?

Rozejrzał się dookoła, lecz poza żydowskim więźniem, wciąż spoglądającym na niego ze smutnym uśmiechem lekko rozchylonych warg, za którymi nie było zębów i plamą światła na bruku, nie widział niczego. Zniknęły zarysy domów, drzew i samochodów. Otaczała go zimna pustka i cisza, która niemal dzwoniła w uszach.
− Przecież nic ci zrobiłem! – krzyknął. − To nie ja strzelałem, to nie ja wysyłałem was do gazu! To za ten grobowiec, który obsrałem, tak? To za to chcesz mnie zabić? Zabij Wolfa! To ten skurwysyn zrobił to pierwszy! – rozpłakał się. Ogromne łzy strachu płynęły mu ciurkiem po policzkach.
Więzień wstał.
− Wolf? – spojrzał gdzieś w bok i pokiwał przecząco głową, – Wolfa nie ma. Nigdy nie było. Dlaczego miałbym chcieć go zabić? Albo ciebie? Mnie nie musisz się bać, bo ja jestem martwy. To żywych trzeba się bać, żywych, chłopcze... – przerwał nagle, pochylił się nad nim i ujął jego podbródek swymi zimnymi, sinymi palcami, podnosząc mu głowę do góry.
Spojrzał swym jednym okiem w jego oczy.
− Boisz się śmierci? To zabawne, jak punkt widzenia zależy od sytuacji, w której się znajdujesz. Widziałem takich, którzy jej chcieli, wiesz? Pragnęli jej tak bardzo, że robili wszystko, by ją spotkać. Rzucali się na druty pod napięciem, na strażników z karabinami. Albo jak ten stary, mądry Żyd, który klęczał przy puszce z cyklonem B, wdychając głęboko gaz, gdy tylko zorientował się, że wcale nie poszli pod prysznic. Tak bardzo nienawidzili już życia. Dlaczego ty nienawidzisz?
− Co ty pierdolisz!? Ja kocham życie, rozumiesz!? Kocham żyć!!! Pierdolona! – wykrzyknął nagle, zaskoczony – powiedziałeś: pierdolona liczba. Ty nie jesteś żadnym Żydem z obozu. Wtedy się tak nie mówiło. Jesteś jakimś pieprzonym przebierańcem, psycholem! – odczołgał się kawałek − Zostaw mnie w spokoju, człowieku. Co ja ci zrobiłem?
Więzień roześmiał się.
−    Masz rację – wyprostował się, a jego wzrok stwardniał − Nie jestem szewcem, więźniem Oświęcimia. Jestem piękną kobietą, której oni nie ścięli włosów i nie wysłali do gazu, tylko do baraku w pobliżu ich kwater, by ją używać, dopóki nie odwiedził jej pewien sturmführer, który czasem musiał pomagać sobie w tym pistoletem. Jestem dobrym, wspaniałym człowiekiem, którego imieniem nazwano szkołę, do której chodziłeś, i który poszedł do komory razem ze swoimi dziećmi.
− Kurwa, człowieku, to było ze sto lat temu! Nie było mnie wtedy na świecie. Poza tym jestem Polakiem. Polacy też tam ginęli, pamiętasz? – otarł łzy i powoli zaczął zbierać się z ulicy.
Trochę śmielej spojrzał na stojącą przed nim postać, która nagle zaczęła się zmieniać. Ponownie objęły go macki potwornego strachu.
Twarz przed nim nie była już twarzą. Była zadziwiającą kompilacją setek ludzkich twarzy, a w ich oczach, niczym w ekranach o wysokiej rozdzielczości, widział rzeczy, które doprowadziły go na skraj obłędu.
− Jestem azteckim wojownikiem zarżniętym przez konkwistadorów Corteza, jestem powieszonym na plantacji bawełny czarnym niewolnikiem. Jestem księdzem zabitym przez ubeków, czeczeńskim dzieckiem, które znalazło pluszową zabawkę z wepchniętym w nią odbezpieczonym granatem i zarąbanym motykami rosyjskim pilotem śmigłowca bojowego, który awaryjnie lądował w środku afgańskiej wioski. Wietnamską dziewczynką oblaną napalmem. Klasowym kujonem w szkole w etnicznym getcie, kobietą zakatowaną w lesie przez szaleńca. Ofiarą NIENAWIŚCI. Czemu nienawidzisz? Nienawidzisz innych?
− Nie wiem!!! – wrzeszczał histerycznie, zasłaniając się rękami. – Nie wiem, o Boże, proszę, przestań już, przestań, kuuuurwaaaa, PRZESTAŃ!!!
Zapadła cisza. Wciąż spazmatycznie łkając, opuścił ręce i otworzył oczy. Przed nim stała piękna dziewczyna w długiej, nocnej koszuli, od pasa w dół powalanej krwią. Wielkie, czarne, okolone niesamowicie długimi i pięknymi rzęsami oczy patrzyły na niego pusto i bez wyrazu.
−    Chodź – powiedziała, wyciągając do niego drobną, białą dłoń – Pierwsza lekcja skończona. Czas na drugą...
Trzęsąc się jak osika, podał jej rękę i bezwolnie dał się poprowadzić w kierunku następnej latarni. Udręczony mózg wciąż próbował znaleźć wyjście z sytuacji. Wyszli z kręgu światła i znaleźli się w gęstym mroku. Zimna jak lód ciemność oplotła jego ciało. Nie widział nawet swoich stóp, które jak mu się zdawało, stąpają nie po twardej nawierzchni bruku, lecz po błotnistej brei, w której brnął z trudem, zapadając się po kostki. Wiedział, że to nie było zwykłe błoto. Domyślał się, czym jest ta kleista substancja i co jest pod nią.

…Jeszcze tylko parę latarni i będę w domu, niech to się już wreszcie skończy, błagam!...

Nie skończyło się ani szybko, ani powoli. Zanurzyli się oboje w miękką otchłań. Czas i przestrzeń przestały mieć znaczenie. Nie był świadomy upływu czasu, ani swej lokalizacji w jakimkolwiek wymiarze. Doświadczył najkoszmarniejszych rzeczy, jakie człowiek może zgotować swemu bliźniemu, nienawidząc go. A mimo to nie umierał. Żył, by patrzeć i doznawać coraz gorszego i gorszego. Nauczyciele zmieniali się pod każdą z latarni, niczym na przerwie, zabierając go następnie na kolejne lekcje w ciemnych klasach odmętów szaleństwa. A kiedy wreszcie po kilku godzinach, czy może kilku wiekach nagle został sam, siedząc w kałuży krwi i ekskrementów, otoczony światłem, uświadomił sobie nagle pewną rzecz. Oto przez cały ten czas poza czasem podświadomie liczył latarnie, pod którymi przechodził on i jego koszmarni przewodnicy. Liczył je, mimo że był o włos od przekroczenia granicy obłędu – granicy, zza której nie ma już powrotu do normalnego świata. Bronił się. Był to jedyny, możliwy sposób, aby jej nie przekroczyć. Liczyć.
Dziesiąta latarnia. Za nią byłby już jego dom. Ciepły i bezpieczny.
Dziesiąta, pierdolona latarnia, pod którą właśnie siedział, nie będąc w stanie się podnieść.
Spojrzał w górę, w oślepiające światło i zaczął się histerycznie śmiać. Po chwili umilkł i łkał cicho, chowając twarz w ramiona. Jego i nie jego krew skapywała w kałużę między kolanami z głuchym, cichym pluskiem. Obejrzał się za siebie, widząc poprzednią lampę, oddzieloną od niego tysiącami lat czarnej pustki, wypełnionej nieopisanym męczeństwem. Przed oczami stanął mu obrazek z dzieciństwa, widziany z okna wagonu – tak podobny, a jednocześnie tak odmienny.

            Dziesiąta latarnia, uwierzyłbyś? DZIESIĄTA! I co teraz?


*  *  *


Klęczał na siedzeniu z twarzą przyklejoną do brudnej szyby, osłaniając z boku oczy dłońmi, aby jeszcze dokładniej odciąć się od światła jarzeniówki w przedziale. Z typowo dziecięcą fascynacją przyglądał się nielicznym latarniom w mijanych w ciemnościach nocy wioskach. Pojedyncze lampy na drewnianych słupach rzucały pod siebie zamglony snop ciemnożółtego światła, który wydobywał z otaczającego go mroku jedynie kawałek zakurzonej drogi, fragmenty płotów czy kęp trawy i krzewów. Przez jedną, króciuteńką chwilę strasznie zabolała go głowa. Odsunął twarz od szyby i ból natychmiast minął. Coś go zastanowiło. Mocno trzymając składany blat pod oknem i zabawnie kołysząc się na zapadających się w miękkie siedzenie kolanach, odwrócił się do rodziców i zapytał:
−    Tato, co to jest Oświęcim? A niewolnik?
Ojciec spojrzał na niego znad gazety. Zerknął na jedynego oprócz nich pasażera, który wciśnięty w kąt przedziału od strony korytarza, spał mocno z półotwartymi ustami, na których wisiała nitka śliny.
−    Chciałem ci o tym opowiedzieć za parę lat, ale skoro już pytasz... Oświęcim, synu, to największe kłamstwo, jakim Żydzi od kilkudziesięciu lat mamią ten pierdolony świat. Porozmawiamy o tym później, w domu.
Matka podniosła głowę znad krzyżówki i spojrzała na męża.
−    Mógłbyś nie przeklinać przy dziecku, idioto?
Zobaczyła, jak źrenice jego oczu wpatrzone w małego rozszerzają się nagle. Odwróciła głowę i skamieniała z przerażenia. Ich dziecko wciąż klęczało na kanapie, lecz buzię miało białą jak kreda. Kurczowo trzymając się stolika pobielałą rączką, trzęsło się jak w febrze, a krocze i nogawki sztruksowych farmerek z Kaczorem Donaldem znaczyła powiększająca się z każdą chwilą ciemna plama.
Rzuciła się w jego kierunku i w ostatniej chwili złapała osuwające się na podłogę drobne ciałko. Przytulając do piersi spoconą główkę, odwróciła się do męża i patrząc mu prosto w oczy, powiedziała cicho:

−    Jeśli kiedykolwiek wspomnisz przy nim o tych swoich pieprzonych teoriach, cholerny rasisto, odejdę od ciebie, rozumiesz? Przysięgam na Boga, że zabiorę dziecko i odejdę...

1 komentarz:

  1. Ewidentne nawiązania do Kinga, isn't it? Ale to był okres fascynacji tym gościem (w sumie trwa do dziś). A natchnienie? Film z serii "Strefa mroku". Tragiczny film. Widziałem go daaawno temu, z tego, co pamiętam, składał się z kilku części, prawie ze sobą nie powiązanych. Jedna z nich opowiadała o takim człowieku, jakim jest bezimienny chłopak spod dziesiątej latarni. Rasiście, bezmyślnym wręcz w swej zapiekłej nienawiści do ludzi innych niż on. Facet wychodzi z baru i nagle trafia w sam środek okupowanej Francji, gdzie żołnierze niemieccy biorą go za ukrywającego się Żyda. Potem Wietnam, gdzie jest "żółtkiem" zasypywanym kulami przez US Army, plantacja bawełny w XIX wieku i tak dalej. Scena, w której przez zadrutowane okienko bydlęcego wagonu wiozącego go w nicość widzi bar i swojego kolegę, który właśnie z niego wychodzi, żeby go poszukać... Mam ten film do dziś w głowie. Emocje wzrosły, kiedy ze trzy lata temu dowiedziałem się przypadkiem o tragedii, jaka wydarzyła się na planie. W scenie z Wietnamu, w której ów rasista (grany przez Vica Morrowa) ratuje spod amerykańskiego ognia dwoje wietnamskich dzieci, zdarzył się wypadek. Lecący nad nimi śmigłowiec został uszkodzony eksplozją pirotechniczną i spadł na całą trójkę, zabijając ich na miejscu. Życie jest dziwniejsze niż film...

    pozdrawiam, Stelar

    OdpowiedzUsuń