Okiem na Horror

Okiem na Horror

środa, 25 lutego 2015

Piotr Borowiec "Wszystkie białe damy" recenzja #2

       
    Wszystko, co nienazwane i obce, nie zawsze daje się opowiedzieć. Czasem nie wystarczy sama chęć, by o tym, co nadprzyrodzone, napisać. Potrzebny jest pewien oryginalny pomysł, szeroka wiedza, unikalny styl, ale też umiejętność realnego dostrzegania rzeczy, które wydzierają się ramom porządku rządzonego przez rozum. Trzynaście nowel Piotra Borowca, zamkniętych w tomie „Wszystkie Białe Damy”, temu zadaniu sprostało. Autorowi udało się stworzyć zbiór niepozorny, niedopowiedziany, aczkolwiek o szczególnej, przenikającej na wskroś mocy.
            To nie tylko zbór krótkich opowiadań utrzymanych w konwencji ghost story. To przede wszystkim całkiem nieźle dobrane teksty, pozwalające czytelnikowi w łatwy sposób dotrzeć do zamieszkałego przez nieodgadnione istoty, świata – niewyrażalnego. Poza tym, oprócz historii „o duchach duszach i strzygach”, to również wgryzające się w pamięć opowieści o siłach chaosu, nicości i śmierci. A te od lat w literaturze uznaje się za uosobienia... kobiet.
            Teksty, które znalazły się w zbiorze, nie są przypadkowe. Spoiwem, który łączy nowele, są nie tylko wspólne korzenie gatunku, nawiązujące do nurtu grozy. Nie chodzi tu także o wspominaną przez niektórych czytelników stylistykę tzw. miejskiej legendy. Wspólnym mianownikiem, który organizuje zarówno kompozycyjną, jak i znaczeniową warstwę tomu, są tytułowe „Białe Damy”. Co ciekawe, obecne są one w każdym opowiadaniu. Odgrywając role bohaterek głównych, ale też drugoplanowych. Pod postacią Asi, Miry, Marty, Małgorzaty, Marzeny, Anny czy nawet małej Alicji - budzą strach i trwogę, przywołując na myśl obecność świata, którego zmysłami okiełznać się nie da.
            „Wszędzie Białe Damy, a czego nie ma Białych Panów?” – dopytuje w tytułowym opowiadaniu jedna z głównych bohaterek. Rzeczywiście, można by zastanowić się, dlaczego to w tak znacznym stopniu to właśnie kobiety u Piotra Borowca, a nie postacie mężczyzn, są ucieleśnieniem ścierania się przeciwstawnych mocy: ducha i materii, logicznego myślenia i emocji. To kobiety (a także nastolatki czy dziewczynki) we wspomnianych opowiadaniach mają kontakt ze światem niewyrażalnym. Są silne i fascynujące. Prowokują i są sprawczyniami zbrodni. Kuszą i w pewien nieodgadniony sposób pociągają. Kierują uwagę w ciemną stronę zmysłów, instynktów i ludzkiej cielesności.

Proza niedoceniana - "Edytor tekstu" Stephena Kinga. Dawid Ladach




Przedmiotem analizy tego artykułu będzie około dwudziestostronicowe opowiadanie Kinga Edytor tekstu znajdujące się w zbiorze opowiadań Szkieletowa załoga. Jak wskazuje tytuł, jest to tekst niedoceniany. Dlaczego? Może zacytujmy:
„Nie jest to moje najlepsze opowiadanie, z pewnością nie zdobędzie żadnych nagród, ale nie jest też znowu takie marne”[1]. To słowa Stephena Kinga, oczywiście o Edytorze tekstu.
I jeszcze przybliżenie myśli Michała Rakowicza, który stwierdził, że Edytor tekstu nie przekonał go główne ze względu na jego zakończenie nie pasujące do innych partii kingowskiego opowiadania, które, na dodatek, jest zbyt „cukierkowate.”[2]  
Czy jednak obaj panowie mają racę? Weźmy pod lupę Edytor tekstu, żeby się o tym przekonać.

Z pozoru to proste opowiadanie. Mamy głównego bohatera, Richarda, który otrzymuje od swojego bratanka Jona edytor tekstu potrafiący usuwać rzeczy z rzeczywistości i je do niej wprowadzać. Za pomocą tego urządzenia Richard trochę przypadkowo zarabia, a także tworzy sobie nową, wymarzoną rodzinę (wymazując przed tym „starą”). Tyle widzą mało wnikliwi czytelnicy. Co widać po przyłożeniu lupy?
Widać wiele poruszonych motywów, które, gdyby umiejętnie je rozwinąć, stałyby się osiami fabularnymi dla co najmniej kilku dobrych powieści. Jednym z takich motywów jest to, co najbardziej rzuca się w oczy: kasowanie elementów świata i wprowadzanie w ich miejsce elementów nowych. Zabieg sam w sobie wydaje się banalny, ale wiele zyskuje, gdy mówiąc o nim weźmiemy pod uwagę inne aspekty opowiadania (choćby zagadnienie sprawiedliwości i nieśmiertelności, ale o tym później), m.in. to, co czujemy przy czytaniu historii Kinga. Czy jest nam żal żony Richarda Liny i jego syna Setha? Nie, gdyż przecież nie zostają zabici. „Nie zamorduję go. Ja go… skasuję” – myśli Richard i to pozwala mu bez wyrzutów sumienia pozbawić istnienia swojego syna. Nasuwa się pytanie, w czym tkwi różnica między zabiciem kogoś a wykasowaniem go. To trudna kwestia, której King nie wyjaśnia. Można by nad tym długo dywagować, ale ograniczmy się do wyjaśnienia tego w kontekście innego motywu, którym jest potraktowanie świata rzeczywistego jako świata przedstawionego. Rzeczywistość w Edytorze tekstu nie wydaje się nam, czytelnikom, naśladowaniem rzeczywistości, raczej jest światem przedstawionym naśladującym… świat przedstawiony. W takim układzie pozbycie się Liny przez jej męża nie wstrząsa tak, jak nie wstrząsa nas raczej, gdybyśmy pisali własną historię, usunięcie, dajmy na to, z naszego opowiadania jakiejś postaci nie pasującej nam do tego, co chcielibyśmy przekazać. To jednak nie jedyny powód braku współczucia dla rodziny Richarda. Są oni bowiem przedstawieni jako ludzie pozbawieni zalet. Są nienawistni, niepomocni, nieutalentowani, nie spełniający oczekiwać, ignoranccy… Słowem: źli, a więc tacy, którzy zasłużyli na to, co ich spotkało.

niedziela, 22 lutego 2015

"Tajemnice Diabelskiego Kręgu" – Anna Kańtoch. Cykl "Małe potworki"#3



Witamy w rzeczywistości, w której to na powojenną Polską spada nietypowy „deszcz”. Narodowi wszak Wybranemu, anioły runęły tłumnie do stóp, prościutko - jak się łatwo domyśleć - z nieba. Po chwilowym wzroście pobożności wśród Polaków, co można by już uznać za naszą cechę narodową, następuje okres prześladowania i eliminowania tych zdradzieckich i skrzydlatych agentów Watykanu. Anioły muszą się ukrywać, na szczęście jest jeszcze wielu ludzi, którzy chętnie przychodzą im z pomocą, narażając siebie i swoje rodziny. Nina, przez jednego z ukrywających się, zostaje zaproszona na wakacje w tajemniczym klasztorze w Markotach, gdzie według zapewnień ma się po prostu dobrze bawić. Pobożna i wymagająca matka, której Nina nie chce zawieść, nie interesuje się zdaniem dziewczynki, która czuje, że coś w tym wszystkim jest nie tak. Trzynastolatka wyrusza więc w podróż pełną niebezpieczeństw, wszelkie trudy podróży to jednak tylko przedsmak tego, co czeka na nią w Markotach. Dlatego, gdy wreszcie dociera na miejsce, nie może po prostu odetchnąć z ulgą. Okazuje się, że nie tylko ona ma spędzić tutaj wakacje, a towarzystwo z którym ma przebywać jest dosyć różnorodne. Dodatkową atrakcję ma stanowić fakt, że w grupie, którą stanowi zbieranina różnych charakterów i doświadczeń (chociaż czasami przedstawionych dosyć stereotypowo) podobno znajduje się Wybraniec. To on ma pokonać Zło i uratować anioły. Wepchnięci w wir przygody małoletni bohaterowie, pakują się w coraz dziwniejsze kłopoty, a ich początkowo wydające się beztroskie perypetie, z czasem ujawniają swoją mroczną stronę. To nie jest dziecięca zabawa w Wybrańca, zagrożenie jest całkiem realne, wystarczy bowiem chwila nieuwagi i...

piątek, 20 lutego 2015

Nadszedł już czas, aby wyjść do ludzi. Rozmowa z Łukaszem Kiełbasą, pomysłodawcą projektu "Horror na Roztoczu"

Cześć Łukasz. 
Powiem szczerze, że chciałem porozmawiać z Tobą głównie o zbliżającej się premierze projektu „Horror na Roztoczu 2”. Ale jak pomyślałem, ile robisz dla promocji czytelnictwa i grozy w kraju, to pozwól, że na razie skoncentrujemy się ma tym. A o „Horrorze na Roztoczu 2” porozmawiamy przy innej okazji.
A więc:  warsztaty, spotkania z młodzieżą, prelekcje, spotkania z miłośnikami literatury, wywiady w radio, prasie i cała masa innych projektów, pomysłów, czy inicjatyw.
Łukasz, może głupie pytanie.
Dlaczego to robisz? Nie zadowala Cię wydanie zbioru opowiadań, co wcale nie jest takie proste na naszym rynku?

Cześć Sebastian. Uważam, że to świetne pytanie, bo w zasadzie od tego trzeba zacząć. Od pierwotnej przyczyny. Od zadania sobie samemu pytania, co rzeczywiście jest moim celem? Czy może to, aby stać się rozpoznawalnym? Pewnie tak. Czy może to, aby sprzedać jak najwięcej książek? Oczywiście także. A może to, żeby pławić się w sławie i zaszczytach? Być może. Tylko czy na pewno o to chodzi?
Aby lepiej odpowiedzieć na to pytanie opowiem Ci pewną historię.

Był poranek, mniej więcej szósta rano. Dziewczyna, zebrana już do pracy, podeszła do chłopaka jeszcze leżącego w łóżku i ze szklistymi oczami oznajmiła. Będziemy mieli dziecko. Po czym wyszła. Chłopakowi w ciągu mniej niż pół sekundy minęła chęć na sen. Dlaczego? Bo właśnie dowiedział się, że jego życie ulegnie totalnej zmianie. W ciągu kolejnych kilku sekund mózg wystrzelił w przyszłość o kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Myśli kotłowały się. Pierwszy szok przemienił się w przerażenie, potem w spokój, by dotrzeć wreszcie do suchej analizy i planowania. Jednak każdej myśli, każdemu planowi towarzyszyły te najważniejsze dla każdego rodzica pytania. Co chcę przekazać swojemu dziecku? Co jest najważniejsze?
Pieniądze? Jak najbardziej. Rodzic musi zapewnić rodzinie byt, ale czy to jest najważniejsze?
Nie. Może więc umiejętność zarabiania tych pieniędzy? Może tak, ale czym jest kiedy jest pozbawiona szczęścia? Może więc najważniejsze jest właśnie to szczęście? Tylko skąd się bierze? Jak je przekazać? A może wiedza albo umiejętności? Może stabilność, spokój, bezpieczeństwo, ciepło domowego ogniska i tak dalej.

Chłopaka wtedy olśniło. Przecież najważniejsze, co może przekazać swojemu dziecku (poza innymi rzeczami oczywiście) to umiejętność podążania za swoimi marzeniami. Bo czy mamy ważniejszy cel w wychowaniu? Niezależnie od stanu posiadania czy wiedzy, zawsze potrzebujemy marzeń, do których możemy dążyć. Inaczej człowiek jest martwy. Idea fantastyczna, tylko wtedy chłopak zadał sobie kolejne pytanie. Jak mogę nauczyć dziecko czegoś, czego sam nie umiem? Oczywiście wyruszając w drogę.

Pewnie domyślasz się, że to ja byłem tym chłopakiem. Ale powiedz sam czy nie miałem racji? Czy dziecko może mieć lepsze spojrzenie na sprawę podążania za marzeniami niż doświadczyć tego, jak robi to ktoś bliski. Dzięki temu poznaje każdy aspekt sprawy. Począwszy od ceny, jaką trzeba za to zapłacić, a skończywszy na efektach i samej drodze, która w konsekwencji jest nawet ważniejsza od celu.

sobota, 14 lutego 2015

Piotr Rozmus "Ten horror w końcu napiszę". Wywiad.

 Cześć Piotrek

Gdy ostatnio rozmawialiśmy byłeś strasznie zabiegany. Praca, spotkania autorskie i znowu praca. Mówiłeś, że pracujesz nad następną powieścią, że masz pomysł na kolejne.
Dziś od premiery Twojego debiutu „Bestia”, minął prawie rok i już mamy koleją zapowiedź Wydawnictwa Videograf, najnowszej Twojej książki „Kompleks Boga.”
Jednak w natłoku codziennych obowiązków udało się. Było łatwiej niż przy pisaniu „Bestii”?


Cześć Sebastian.
Nadal jestem, zabiegany (śmiech) i zastanawiam się czy kiedyś to się wreszcie zmieni? Jeżeli chodzi o pisanie to myślę, że było trudniej. Pisząc Bestię, oczywiście bardzo chciałem, aby została wydana, ale przez to, że absolutnie nie było to pewne i raczej pozostawało w sferze marzeń, podchodziłem do całej sprawy bardziej na luzie. Zasiadając do „Kompleksu Boga” wiedziałem, że wydawnicze szlaki mam już przetarte, ale z drugiej strony czułem, że poprzeczka powędrowała wyżej. Byłem bogatszy o pewne doświadczenia.  Zdawałem sobie sprawę, że jeżeli „Kompleks…” zostanie wydany, ponownie będzie oceniany, a nie chciałbym zawieźć tych Czytelników, którym Bestia przypadła do gustu. Kiedy bokser wygrywa swoją pierwszą walkę jest to wielkie osiągnięcie, ale tak naprawdę prawdziwe wyzwanie stanowi każda kolejna obrona.  Nie byłbym z Tobą do końca szczery, gdybym nie przyznał, że do całej sprawy podszedłem dość ambicjonalnie. Bestia zebrała bardzo dużo rewelacyjnych recenzji, ale jak sam wiesz było kilka, powiedzmy sobie mniej pochlebnych. Dlatego starałem się nie tylko przeskoczyć nad poprzeczką, ale nawet jej nie musnąć. Mam nadzieję, że mi się udało. Dobrym prognostykiem był fakt, że „Kompleksem „zainteresowały się również inne Wydawnictwa.
            Pisząc często wracałem do napisanego tekstu, analizowałem czy to, co napisałem, aby na pewno jest dobre. Ma to swoje dobre i złe strony. Z jednej starasz się maksymalnie „podrasować” tekst, z drugiej bardzo często to, co tworzysz rodzi się w bólach. I choć na pewno w konsekwencji przynosi to wymierny efekt, zdecydowanie wolę osiągać stan, w którym pisząc po prostu płynę przez historię. Siadam, a palce same śmigają po klawiaturze a ja nawet nie wiem, kiedy udało się „nastukać” kilkadziesiąt stron.  „Kompleks Boga” to dopiero moja druga powieść, a ja sam bardzo wiele się uczę. Szukam dla siebie złotego środka. Pojawia się pomysł i co dalej? Siadać i pisać, czy może najpierw naszkicować skrupulatny plan? I już wiem, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem jest połączenie jednego i drugiego. Siadam i piszę, ale jak zaczyna „być pod górkę”, fabuła wymaga przemyślenia, pewnego reasarchu, kiedy w nocy nie mogę spać, bo w myślach sklejam kolejne wątki, wtedy siadam i zapisuję kilka punktów. W ten sposób pracuje mi się najlepiej i chyba tak już zostanie.

piątek, 13 lutego 2015

"Zombi" E.Lluch, O.Hernandez, cykl: Małe potworki #2


Pewnej nocy, gdy księżyc był w pełni i oświetlał wszystko swoim blaskiem, Czarnoksiężnik Zielonka wybrał się na cmentarz. Tak, na cmentarz, bo przecież tylko tam można znaleźć jakieś zmobi, prawda? Długo chodził, aż znalazł odpowiedni, tak mu się wydawało, grób. Polał go specjalnym wywarem magicznym i już po chwili ziemia popękała, a na powierzchni ukazała się czyjaś ręka. Świeżutkiemu zombi nie śpieszyło się jednak ponownie na świat, a że Czarnoksiężnik należał do niecierpliwych, szybko zabrał się za odkopywanie umarlaka, który miał mu służyć. Coś poszło jednak nie tak i zombi okazał się nieco odbiegać od standardów.

Zombie Mikołaj jest ewidentnie niezadowolony z faktu, że został ożywiony. Początkowo nie za bardzo rozumie o co chodzi jego nowemu panu. Szybko okazuje się, że nie jest w stanie sprostać wyznaczonemu zadaniu. Czuje, że nie sprawdził się jako zombi. Jego właściciel jest dość ekscentrycznym i wymagającym czarnoksiężnikiem, który za uchem nosi różne warzywa. Początkowo wydaje się, że jest bardzo potężny, ale im lepiej go poznajemy, tym klarowniej widać, że jest nieudacznikiem, który mieszka w tak małym mieszkanku, że kibelek musi stać koło lodówki, a jego jedyną ambicją jest pokazać co potrafi przed innymi czarodziejami. Mikołaj próbuje się nauczyć jak być prawdziwym zombi, jednak mu to nie wychodzi, dlatego zostaje porzucony przez swojego „stwórcę”. Zrozpaczony zombie nie wie co ze sobą zrobić. Wtedy zjawia się tajemniczy człowiek z brodą sięgającą pasa i tłumaczy mu, jak powinno być.

niedziela, 8 lutego 2015

Piotr Borowiec "Wszystkie białe damy"




Najwyższy czas aby zachęcić Was do przeczytania zbioru opowiadań gościa zaczynającego publikować swoje teksty na blogu Okiem na Horror, na którym do dzisiaj można znaleźć kilka jego opowiadań (trzy z nich zostały umieszczone w zbiorze „Wszystkie białe damy”
Piotr Borowiec jest laureatem ogólnopolskiego konkursu „Horror na debiut” organizowanego w 2014 roku przez OnH. Zajął w nim drugie miejsce, pokonując silną konkurencję. Nawiasem mówiąc, cieszy mnie fakt, że zajęte przez niego miejsce nie było dziełem przypadku. Ale wracajmy już do teraźniejszości.


„Wszystkie białe damy” Piotra Borowca to najbardziej wyczekiwana styczniowa premiera polskiej literatury grozy. Dlaczego? Choćby dlatego, że dotychczasowe opowiadania Piotrka są bezsprzecznie powiewem świeżości w naszej rodzimej literaturze grozy, pomimo że styl przez niego uprawiany, chciałby się powiedzieć, jest stary jak świat. Borowiec to alternatywa dla wydawanego często nagminnie i byle jak horroru ekstremalnego, a także dla popularnego ostatnio – w dużej mierze dzięki książkom Stefana Dardy – powiedzmy, klimatu roztoczańskiego.

W zbiorze opowiadań, wydanych przez wydawnictwo GMORK, mamy trzynaście utworów o zbliżonym klimacie. Przewodzi im klimat nastrojowego ghost story i urban legend.

sobota, 7 lutego 2015

Wiktoriański mistrz. Opowiada Piotr Borowiec.

Wiktoriański mistrz


Sto czterdzieści dwa lata temu zmarł jeden z najważniejszych twórców literatury grozy. Joseph Sheridan Le Fanu, bo o nim mowa, nie jest tak znany jak inni klasycy, jednak jego wkład w rozwój naszego ukochanego Gatunku jest chyba równie wielki, jak E. A. Poe, M. Shelley czy późniejszych pisarzy, wzorujących się na pisarzu z Dublina: M. R. Jamesa lub B. Stokera. To właśnie ostatni z wymienionych twórczości Le Fanu zawdzięcza najwięcej. Autor „Drakuli” nie tyle czerpał, co po prostu zapożyczył sobie wiele motywów i pomysłów z najsłynniejszej noweli wiktoriańskiego mistrza.

Nie wątpliwie to właśnie „Carmilla” jest najbardziej znanym utworem Le Fanu. Opublikowana w legendarnym już zbiorze „In glass darkly” opowiada o, jakby to powiedzieć, nie dwuznacznym związku pomiędzy narratorką utworu, a tajemniczą dziewczyną, która zamieszkuje w posiadłości głównej bohaterki. Ani wcześniej, ani długo później w horrorze nie został opublikowany utwór, który w tak odważny sposób łączyłby grozę z erotyzmem. Oczywiście, nie jest ta nowela pierwszym

Paul Delarue "Król kruków", cykl: Małe potworki # 1

Zamiana to stać się kimś, kim się jest /Król Kruków – Paul Delarue/

Chcecie bajki, oto bajka…Jakiś czas temu przywołałam jedną z moich ulubionych bajek z dzieciństwa. Na tym typowo babskim spotkaniu po latach, Czar- Baba, mnie nie rozczarowała. Postanowiłam więc znów zafundować sobie kolejny powrót do przeszłości. Tym razem spotkałam się z baśnią gaskońską, spisaną przez Paula Delarue, o mrocznym tytule Król Kruków. Pomyślicie: dlaczego od razu mrocznym? - i racja bo w sumie tytuł, jak tytuł, nic w nim strasznego. Mogę odpowiedzieć tylko tyle, że zadziałała zasada pierwszych skojarzeń. Spójrzcie na okładkę. I jeśli ta nie wzbudzi w Was niepokoju, pooglądajcie sobie ilustracje Lucji Sienkiewicz i Stasysa Eidrigeviciusa. Przytłaczająco ponure, groźne i…smutne.

A oto treść. Pewien Zielony Człowiek, miał trzy piękne córki, jednej z nich zażądał dla siebie na żonę Król Kruków. Dwie starsze miały już narzeczonych, wybór padł więc na dziesięcioletnią, najmłodszą córkę. Kruki zaniosły dziewczątko do dalekiego kraju, gdzie w samotności miała spędzić aż 7 lat, do czasu, gdy dorośnie na tyle, by stać się Królową. Co prawda, mąż spędzał z nią każdą noc pod swoją prawdziwą, ludzką postacią, jednak zachowywał dystans. Odgradzał się od niej symboliczną barierą, zarówno pod postacią miecza spoczywającego pomiędzy nimi w łóżku, jak i ciemnością spowijającą komnatę sypialną. Dziewczyna podstępnie złamała zakaz męża i sprowadziła na niego nieszczęście. Utraciwszy męża musiała odejść. Na swej drodze spotykała jednak na szczęście starszą kobietę, która ofiarowała jej magiczne atrybuty, dzięki którym mogła odnaleźć i uratować ukochanego.

Odnajdujemy w tym tekście klasyczne elementy baśni. Dziecko by dojrzeć, symbolicznie musi zostać pozbawione opieki rodzicielskiej - dlatego dziewczynka zostaje zabrana ojcu. Bohaterka wyrzekła się także świata, przez długie lata trwała w oczekiwaniu, bowiem  tylko czas i cierpliwość mogły sprawić, że zły czar zostanie zdjęty. Ona jednak o tym nie wiedziała, usłuchała więc podszeptu niecierpliwej części swojej osobowości i wszystko popsuła. Co znamiennie dokonała tego dzień przed zakończeniem próby! Jak to w baśni, mąż to tylko jeden z aspektów jej osobowości, którego nie może zaprzepaścić, bo

wtorek, 3 lutego 2015

"Machiny do tortur. Kat, narzędzia, egzekucje" Robert M. Jurga

"Rozwojowi cywilizacji człowieka stale towarzyszyły tortury i egzekucje. Przemoc wobec drugiego człowieka, świadoma czy nie, jest zakorzeniona w naszej naturze tak głęboko, że nie potrafimy, a może i nie chcemy z niej zrezygnować. Świat grozy, w którym ZŁO stawało się banalne, otworzył się dla człowieka z chwilą, gdy wyprodukowane przez niego dobra zaczęły kusić innych [...] Początkowo europejskie innowacje w dziedzinie torturowania opierały się na prostych, instynktownych sposobach zadawania bólu i uśmiercania. czasami stanowiły jednak przemyślane działania zapoczątkowujące w niektórych dziedzinach wręcz rozwój nauki. Karanie więzieniem należało jeszcze wtedy do rzadkości."

Narzędzia tortur, powstały czasami z przypadku, czasami na skutek przemyślanej wizji dręczenia ludzkiego ciała, rozrysowanej na dziesiątkach szkiców, lub najczęściej w ludzkim umyśle. Opracowywane przez ówczesnych "inżynierów", fascynatów, zboczeńców, czy sadystów. Znalazły idealne zastosowanie w wieku ciemnoty, w średniowieczu, w czasach gdy przemoc, tortury i strach, był jedynym sposobem podporządkowania sobie podwładnych, jedyną metodą poznania "prawdy" w pseudo procesie, gdzie obwiniony zazwyczaj nie wychodził obronną ręką. Machiny tortur spełniały swoją rolę wyśmienicie. Szczególnie w czasach, gdy Europa była ogarnięta szaleństwem płonących stosów, mordowania Żydów, szukania innowierców, czy polowań na katarów, hugenotów i pseudoapostołów. Europa, gdzie za pomocą owych machin, rozprawiano się nie tylko z sąsiadem za miedzy, czy częścią społeczności miasta- jak w przypadku zbiorowej histerii w  Arras, lecz także używano machin tortur, w walce politycznej, w celu  eliminacji wroga, przeciwnika, jak kościół uczynił to w przypadku templariuszy. Szaleństwo to dotknęło każdą warstwę społeczną, niemal każdego kraju. W niektórych państwach władcy starali się nie popaść w inkwizycyjne szaleństwo, jak w przypadku władców Polski, gdzie indziej zaś stosy płonęły dzień i noc, jak choćby w krajach niemieckich czy w Hiszpanii, gdzie panem życia i śmierci był szalony dominikanin Thomas de Torquemada.

niedziela, 1 lutego 2015

Startuje cykl "Małe potworki"

Ci, którzy pokochali grozę w dzieciństwie, wiedzą jak cenny zyskali dar. Dlatego ruszamy z nowym cyklem, o wdzięcznej nazwie „Małe potworki”. Dorosłemu czytelnikowi łatwo jest wybrać w księgarni coś dla siebie, ale czy równie łatwo jest mu wybrać lekturę dla swojego małego potworka? 


W cyklu „Małe potworki” będziemy starali się pokazać pozycje, które będą rozbudzać zainteresowania czytelnicze dzieci i młodzieży. Wiadomo bowiem, że obcowanie z literaturą uczy operowania abstrakcją, poszerza zasób słownictwa, wykształca umiejętność skupiania uwagi, samodzielnego myślenia, otwartości na świat i ludzi. Jednak pozycji dla dzieci i młodzieży literatura grozy często zostaje spychana przez rodziców na margines, gdyż w ich mniemaniu, albo stanowi tylko element rozrywkowy, ale jakieś zagrożenie wychowawcze.
 A przecież literatura grozy, to nie tylko forma rozrywki, to kulturalna metafora i zwierciadło społeczeństwa. Pokazuje schematy, niedominujące wartości, które nie są obecne w mainstreamie i nie chodzi o zombie, mumie itd. Chodzi o to, że ukazuje specyficzne potrzeby, niedopuszczane wartości oraz niestandardowe problemy (np. śmierć Dziewczynki z Zapałkami, porzucenie Jasia i Małgosi przez rodziców). Nie tylko pozwala na bezpieczne ich przeżycie oraz poznanie, ale co ważniejsze, pokazuje jak sobie z nimi radzić.